sobota, 1 kwietnia 2017

Rozdział 4

O ile na zewnątrz panował niesamowity ziąb to w kuchni było nieznośnie gorąco. W pomieszczeniu unosiła się para z garnków i rozchodził się zapach gotowanej zupy. Max kroił cebulę czwartą już z kolei. W kuchnii pracowały jeszcze trzy inne osoby. Mały polski chłopiec, niemiecka dziewczyna i stara Żydówka. Nie znał ich, byli z innego baraka. Nie rozmawiali ze sobą chyba, że chodziło o składniki do zupy.

Obudzili go bardzo wcześnie rano by przygotować śniadanie i obiad.  Kiedy wyszedł z baraka na zewnątrz było ciemno. Czarne chmury zakryły księżyc i gwiazdy. Nie mógł znów spojrzeć w gwiazdy i nacieszyć się ich blaskiem. Do miejsca takiego jak to rzadko dochodzi coś tak pięknego jak jasne i przyjazne światło gwiazd. Próbując choć na chwilę powrócić do tej chwili, kiedy całe Himmelstrasse ukryło się w piwnicach, on wyszedł ze swojej kryjówki, aby wyjrzeć przez okno. Piękny blask niezliczonej ilości gwiazd zapadł mu w pamięci i ten widok nie zaniknie przez bardzo długi czas. Wiedział to i to także dodawało mu siły.

Wrzucił cebule do garnka i zabrał się za obieranie kartofli. Szybko spojrzał na stary, zabrudzony zegar na ścianie i uświadomił sobie, że zaraz przyjdą po śniadanie.

Bał się o Zosie. Tamtym razem miała szczęście ale teraz gdy nikt jej nie może pomóc jest zdana tylko na siebie. Jak taka drobna, chuda dziewczyna może sobie poradzić z kimś takim jak Wolfgang? Taki silny mężczyzna będzie mógł zrobić z nią co tylko będzie chciał...
I jeszcze Liesel...jego mała Liesel. To jeszcze dziecko! Przypomniały mu się wszystkie koszmary z nią związane. Jeśli coś się stało Rosie i Hansowi Liesel będzie musiała radzić sobie sama. Zostanie bez opieki...chyba że zajmie się nią żona burmistrza...
Jego rozmyślania przerwało wejście żołnierza do kuchni. Trzasnął drzwiami i głośno tupiąc podszedł do chłopca który trzymał gotowy posiłek. Mężczyzna wyrwał jedzenie chłopcu z rąk. Mały skulił się z przerażenia. Żołnierz spojrzał na niego pogardliwie i skierował się do wyjścia. Spojrzał na Maxa z największą niechęcią na jaką tylko można stać człowieka. Wyszedł trzaskając drzwiami.

Tak zleciał tydzień, miesiąc, dwa miesiące... Takim tępem czas minął tylko strażnikom. Dla więźniów były to istne wieki miękki jaki musieli przywać. W czasie zimy zmarło ponad trzydzieści procent kobiet, dwadzieścia trzy procent mężczyzn oraz ponad sześćdziesiąt osiem procent dzieci i starców. W tym czasie do obozu dowieziono innych ale i oni szybko poumierali z powodu chorób, braku pożywienia i z zimna. Stan baraka Maxa nie zmienił się zbytnio. Być może wysłuchano jego modlitw i chociaż jego towarzyszom darowano życie. Jego myśli ciągle krążyły wokół Liesel i Zosi. Czy nic im nie jest?  W jego głowie bardzo często pojawiał się również Walter. On także był w obozie w Stalingradzie. Ciekawiło go czy tak jak zawsze udaje groźnego czy ukazywał więźnią za dużo dobra i czy go nie skazano.
Był rok 1944 i nic nie wskazywało na to, że wojna się skończy. Więźniowie nie mieli dostępu do informacji z zewnątrz jedynie żołnierze dostali prasę i wiadomości od dowodctwa.
Gdy w kwietniu w końcu zaczęło robić się ciepło Niemcy jeszcze bardziej zaczęli ich gonić do pracy. Żołnierze uważali, że jeśli zrobiło się cieplej to będą więcej pracować, będą dawać im mniej wody i więźniowie będą padać jak muchy...
Max siedział w kuchni i siekał cebulę. Łzy spływały mu kolejno po policzkach i co chwila przecierał je rękawem swetra. Był za niego Zosi bardzo wdzięczny. Był wdzięczny za wszystko co dla niego zrobiła.
Max skończył właśnie robić z resztą "kucharzy" obiad i właśnie miał zacząć sprzątać by późnej mógł przygotować kolacje. Niepotrzebne warzywa zgarnął z blatu i zamierzał je właśnie włożyć do skrzynki, gdy wypadły mu z rąk z powodu przerażenia, które wyłowało nagłe wejście Wolfganga. Wszyscy zastygli.
- Ty!- wzkazał na Maxa. - Bierz obiad i Won do izolatki.
Max nie wiedział co się dzieje, mimo to posłusznie wypełnił rozkaz. Wolfgang wyprowadził go z kuchni i zaprowadził pod same drzwi izolatki. Otworzył kluczem ciężką żelazną kłudkę i wepchnął go do środka.
Max zdarzył jedynie odłożyć tace na szafkę, bo Zosia z płaczem rzuciła mu się na szyję.  Złodziej nieba uściskał ją mocno, szczęśliwy, że znowu ją widzi, jednakże martwił się o nią bo to wcale nie był płacz szczęścia.
- Zosia...
Zosia płakała i jeszcze mocnej przytuliła się do niego.

Zosia Skrubczyk przeżyła bardzo dużo w ciągu swojego dziewiętnasto letniego życia. Pierwszym tragicznym wydarzeniem była śmierć starszego brata, gdy miała pięć lat. Krzysiek utonął w małym jeziorze nieopodal ich domu. Trzy lata później zmarł jej drugi brat. Andrzej nie przeżył nawet tygodnia. Następnym była wojna. Jako czternasto letnia dziewczyna była świadkiem wielu okrucieństw od strony Niemców. Rok późnej została schwytana i wywieziona do Auschwitz,gdzie zginęły jej przyjaciółki. Nie długo była w tamtym piekle. Wolfgang przywiózł ją do Dachau i zrobił z niej sanitariuszkę. W Dachau zobaczyła jeszcze wiele obrazów które będą jej towarzyszyć do końca życia. Lecz to co zrobił jej Wolfgang zostanie za nią jeszcze po śmierci. Kilka dni po wyjściu Maxa, Wolfgang stał się jeszcze bardziej naparczywy. O ile za pierwszym razem uchronił ją Max to późnej nikt jej nie mógł pomóc. Jej "adorator" gwałcił ją kiedy tylko miał no to ochotę, a miał bardzo często. Był brutalny!  Nie zwracał uwagi na jej krzyki bólu i krew. Często też ją bił i za każdym razem powtarzał jej, że ją kocha. Późnej zostawiał ją samą na jednym z łóżek z podartymi ubraniami. Przez ten cały czas Zosia była zdana tylko na siebie, ale nie mogła dłużej tego znieść. Kiedy przyszedł po raz kolejny poprosiła go aby przysłał kogoś, by przynieśono jej jedzenie. Ten zgodził się bo wiedział,że póki ona żyje nie musi szukać kolejnej "rzeczy "na zaspokojnie swoich potrzeb. Modliła się, błagała aby przyszedł Max i wysłuchano jej próśb.
Siedzieli na łóżku a ona opowiadała mu wszystko. Max słuchał jej, gładząc ją po głowie, włosach i ramionach.
- Najgorsze jest to...- mówiła dalej przez łzy. - Że byłam w ciąży...ale kiedy Wolfgang się o tym odwiedział pobił mnie...tak bardzo...że poroniłam...
Rozpłakała się, a Max był tak wstrząsunięty, że nie potrafił wypowiedzieć ani słowa. Jednakże co mógł jej powiedzieć...
Zosia tak naprawdę była mu wdzięczna za to że jest przy niej i ją wysłuchał. To się dla niej liczyło.
- Boże, Max! Ja chcę aby ta wojna już się skończyła! Ile to jeszcze będzie trwać?!
Nagle drzwi otworzyły się i do środka wskoczył Wolfgang. Zobaczył przytulonych do siebie Maxa i Zosie. Złapał Maxa za kark, a dziewczynę za ramię i następnie wyprowadził ich na palac wrzeszczac:
- Ty gnido! Ty żydowski kurwiarzu! Jesteś śmieciem bez skrupułów!  A Ty dziwko co? Pieprzyć się z nim chciałaś!!!
Rzucił ich w błoto.
- Przygotować ogień i numery!!! Niech zobaczą, że może być coś gorszego niż bicie!!!
Zosia płakała, a Max nie miał siły by się szarpać co i tak by nic nie pomogło a jeszcze bardziej pogorszyło sytułacje. Nadeszli naziści z rozgrzanymi do białości żelaznymi numerami. Zdarli im rękawy z prawego przedramienia. Zosia zacząła się modlić po polsku, Max po hebrajsku za co dostali po twarzy.
Max nawet niezauważył kiedy wszyscy z obozu zebrali się wokół nich.
Wolfgang przmawiał do zgromadzonych.
- Niech to będzie dla was przestroga nędzne szczury!!! Nikt nie ma prawa pieprzyć się na terenie Dachau!!! Niech ten kurwiarz i dziwka przekonają się co oznacza prawdziwy ból!!!
Do skóry Maxa przyłożono numery. Poczuł niesamowity ból i ochydny zapach palenizny, usłyszał syk własnej skóry i wydobył z siebie żałosny okrzyk kiedy oderwano żelastwo od jego ręki. Zosia płakał.
Na miejscu gdzie wypalono mu skórę widniał równie ochyny widok. Poparzona skóra odchodziła od ręki. Widok był straszny. Wolfgang złapał go mocno za nadgarstka i uniósł wysoko.
- Oto jak numerują w Auschwitz!!! Jeśli niechęcie czuć tego co oni lepiej sobie z głowy wybicie jakie kolwiek ucieczki,spiski  i inne taki bo inaczej naznaczymy was a późnej dobrze wiecie co z wami będzie!!!
Gdy to mówił wykręcił Maxowi rękę tak aby wszyscy mogli zobaczyć numery wypalone na jego ręce.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz