piątek, 9 grudnia 2016

Rozdział 3

Zosia siedziała na łóżku. Była już ubrana w strój niemieckiej sanitariuszki. Nienawidziła tego ubrania, ale nie miała żadnej innej odzieży. Blond włosy spadały na pościel tworząc złoty koc. Max skończył opowiadać jej swoją historię. Począwszy od dzieciństwa kończysz na trafieniu do Dachau. Wiedział, że Zosia go zrozumiała, lecz nie zrozumiała tego tak jak Liesel.
- Mam na imię Zofia Skrubczyk. - zaczęła cicho. - Urodziłam się i mieszkałam w Krakowie, gdzie należałam także do żeńskiej drużyny harcerskiej. Kiedy wybuchła wojna, drużynowa dała mi funkcję zastępowej i zastęp, który składał się z moich najlepszych przyjaciółek. Naszym głównym zadaniem było przenoszenie naszym żołnierzom żywność, leki i jak nam dano to i amunicję. Któregoś dnia coś poszło nie po naszej myśli. Zauważyli nas. Szybko dostraczyłyśmy paczki i uciekłyśmy stamtąd jak najprędzej...jednak złapali nas i wywieźli do Auschwitz. Wolfgang zabrał mnie stamtąd tak szybko że nawet nie zdążyli mi wypalić numerów...mówił, że mnie kocha, że właśnie dlatego ratuje mi życie. Ja jednak chciałam zostać z dziewczynami. Nie chciałam wyjeżdżać z Polski...to był rok czterdziesty. Miałam wtedy piętnaście lat...
- Bardziej cię kocha czy pożąda?
- To mężczyzna. Na czym innym mu zależy.- odparła sucho. - Przepraszam...wybacz, nie chciałam cię urazić Max.
Policzki zaszły jej czerwienią. Odwróciła wzrok.
Nie obraził się. Nie potrafił gniewać się na dziewczęta. Nigdy nie podniósł głosu na kuzynkę, nigdy nie obraził się na Liesel, choć nie jeden miał by do tego powody, nie umiał się gniewać na Zosie. Jego gniew był skierowany do Hitlera. Ciągle z nim walczy, a z każdą walką jest przekonany, że wygra. Zwycięży przeżywając.
- Nie każdy Niemiec jest taki sam. Walter, Hans i Rosa ratowali mi życie sami siebie narażając.
- Jednakże jest ich garstka. Miałeś szczęście, że spotkałeś takich ludzi, ale jakby nie patrzeć...zawdzięczamy Wolfgangowi dość sporo...
- Gdyby nie zabrał cię z Auschwitz to byś tu nie trafiła, nie wyleczyłaśbyś mnie...
- Umarłbyś, a ja nie miałabym przyjaciela.
Max uśmiechnął się odsłaniając lekko krzywe jedynki.

Max spał. W nocy znowu zaczęla męczyć go gorączka. Zosia siedziała przy nim dopóki nie spadła około godziny piątej nad ranem i doputy nie zasnął. Właśnie trwał apel. Ogromna ilość Żydów oraz mniejsza cześć ludzi innej narodowości stali w dwuszeregu oddaleni od siebie o pół metra. Wolfgang wraz z dwójką innych Niemców przechadzał się w te i z powrotem. Znudzonym wzrokiem przyglądał się zebranym ludziom ( tak jedynie nazywali ich ona, Max i wszystkie te osoby będące więźniami) dłoń trzymał na pistolecie przy pasie. Zosia bała się tego co może nastąpić w każdej chwili.
Dzień był chłodny i wietrzny. Idealny na żniwa dla śmierci. Wiodła wzrokiem za Wolfgangiem, który teraz trzymał broń w dłoni i palec na spóście. Modliła się by nic głupiego nie przyszło mu do głowy, ani jemu ani nikomu innemu. Błagam skończcie już ten apel i pozwólcie im pracować. Tylko nikogo nie zabijcie...
Jej prośba niestety nie została wysłuchana. Wolfgang wymierzył i strzelił. Ciało młodego chłopaka padło bezwładnie na ziemie.
 Magda nigdy wcześniej nie widziała morderstwa. Ten widok był przerażający w wszystkich możliwych formach jakie dziecko może sobie wyobrazić. Chłopak stał obok niej. Kiedy padł strzał jego nieproporcjonalnie mała głowa rozerwała się na strzępy. Mózg wytrysnał wszyskie strony. Kawałek tego galaretowego narządu wylądował na ramieniu dziewczynki. Mała mimowolnie zaczęla krzyczeć. Jeden ze strażników rzucił się w jej stronę. Przewrócił ją kopniakiem i zaczął kopać ją po żebrach. Magda zanosiła się płaczem. Maria wyrwała się z szeregu by ratować ukochane dziecko. Powstrzymał ją jedynie śmiertelny cios w potylice. Stała kilka sekund, a później przewróciła się na brzuch. Płakała Magda. Płakała Zosia. Płakał Max, który niczym duch pojawił się obok Zosi i wszystko obserwował. Nazista przestał ją kopać i wrócił na swoje miejsce wśród towarzyszy. Wolfgang ogłosił koniec apelu i wystrzałem do nieba rozkazał wszystkim zająć się swoimi obowiązkami, bo inaczej czeka ich to samo. Po kilku chwilach na placu pozostały tylko ciała Marii i chłopaka oraz Magda. Dziewczynka doczołgala się do matki i ułożyła głowę na jej ramieniu. Męczyła się z bólem jeszcze pięć minut...następnie odeszła i ona.
Max Vanderburg i Zofia Skrubczyk stali przy oknie i jeszcze długo wlewali łzy. Zosia płakała ze smutku, strachu i złości, a łzy Maxa były furią, chęcią zemsty i rozpaczą. Chcieli pomoc, ale nie mieli jak. Drzwi były zamknięte nikt inny prócz Niemców nie mógł otworzyć drzwi, za oknami były wstawione kraty, więc pędzenie na ratunek było nic nie warte. Nawet gdyby zdołali wyjść na zewnątrz zostali by zabici. Niemcy nienawidzili Polaków, nie mal tak samo jak Żydów. Nikt nie był dobry, tylko oni są dobrzy i idealni, to oni właśnie chcą pokoju. Tak im właśnie wmawiał Hitler.

Dziękuję ci za wszystko Zosiu. - Max uściskał dziewczynę.
- Zanim cie zabiorą to szybko ubierz jeszcze to.
Wyswobodziła się z jego uścisku i podniosła z półki gruby sweter. Max ściągnął pasiastął koszulę, odsłaniając wychudzone ciało. Żebra można było policzyć bez problemu, obojczyki sprawiały wrażenie że zaraz przebijają się przez skórę. Widać było: siniaki bo ostatniej karze oraz zaczerwienienia po starszych obrażeniach.
Max ubrał czym prędzej sweter. Był ciepły ale lekko drapał. Kiedy kończył zapinać koszulę klucz do izolatki został przekręcony i do środka wszedł młody Niemiec z tłustymi, blond włosami. Spojrzał na Zosie, a ta odwróciła się i poszła w stronę półki z bandarzami. Max wyszedł na świeże powietrze. Kilka dni spędził tylko i wyłącznie w izolace gdzie unosił się zapach choroby.
Było zimno. Ostre i chłodne powietrze zwiastowało naprawdę mroźną i ciężką zimę. Max bał się, że większość nie przeżyje. Wszyscy są osłabieni i wygłodzeni. Starcy i dzieci mają nikłe szanse na przetrwanie.
Niemiec pochwal go w stronę baraka. Nie zamierzał się opierać. Nic by to nie dało. Błoto i woda w kałurzach zamarzły. Czuł chłód na nogach, ale za to sweter dawał przyjemne ciepło.
- Nie myśl, że izolatka będzie dla ciebie otwarta. - rzekł nazista.- Następnym razem jeśli zachorujesz to nie czeka cię nic innego jak to. - wskazał palcem na wysoki komin. - Wyjdziesz stąd z dymem. Jutro wracasz do kuchni.
- Traktujecie nas gorzej niż zwierzęta, zabijacie, poniżacie, katujecie, ale chcecie aby gotował dla was Żyd.
- Gdybyś musiał jeść przez cały tydzień sam kleik to wolałbyś aby gotował dla ciebie ktoś taki...
- Nie masz pojęcia ile bym dał żeby chociaż na śniadanie dostać ten kleik.

Liczba mieszkańców baraka skurczyła się, ale większość bardziej znajomych twarzy pozostały na swoim miejscu.
Jan i Piotr spali obok siebie na jednej pryczy, Ben siedział pod ścianą pogrążony w modlitwie, Paweł i reszta dzieci dzieliły się sowim ciepłem na pryczach. Brakowało tu Marii i Magdy które zawsze leżały wtulone między tymi deskami wbitymi gwoździ, które miały służyć za łóżka.
Kiedy wszedł do środka wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Żydzi ruszyli go uściskać. Dzieci owineły mu się wokół nóg, bracia poklepali go po plecach z radosnymi uśmiechami, Ben uściskał go jak własnego wnuka którego stracił miesięc temu.
- Dobre cię widzieć, Max.
- Dziękuję wam. Dziękuję wam wszystkim.
- Magda i Maria byłyby szczęśliwe widząc cię żywego...są już w lepszym miejscu, daleko stąd.
- Zasłużyły na niebo, bo z piekła wróciły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz