czwartek, 1 grudnia 2016

Rozdział I

 Max leżał zwinięty w kłębek na swojej pryczy. Zanim połowa baraka została skazana na śmierć w komorze gazowej dzielił prycze z czterema innymi Żydami. Było ciasno, ale za to było im znacznie cieplej.
Max docisnął do torsu kolana jak tylko potrafił i pocierał kościste ramiona, by choć trochę się ogrzać.
W baraku panował chłód. Za niedługo przyjdzie zima i pewnie cała reszta Żydów umrze z zimna. Jego jednak wcześniej wykończy choroba.
Za wszelką cenę próbował nie spać. Powtarzał sobie w myślach jak Liesel mówiła że jak będzie zasypiać zacznie bić go po twarzy. Uśmiechnął się na samo to wspomnienie.
Wpatrywał się w niewidzialny punkt wzrokiem bez wyrazu. Można by nawet powiedzieć, że martwym. Max jednakże żył. Jeszcze żył. Podszedł do niego inny Żyd; Ben. Zanim trafił do Dachau był krawcem. Teraz był najstarszy z całego baraka. Miał pięćdziesiąt dwa lata. Ben przyłożył dłoń do czoła Maxa.
- Ma bardzo wysoką gorączkę. - oznajmił pozostałym.
Kiedy Złodziej nieba wszedł do baraka upadł w progu, jednak w przeciwieństwie do sytuacji na Himelstrasse poratował się rękami dzięki czemu nie przywalił głową o podłogę. Bracia Jan i Piotr przenieśli go na prycz, a Maria; dawna pielęgniarka opatrzyła dłonie Maxa chusteczką przedartą na pół. Tylko tym dysponowała. W ten do środka wpadł Niemiec i kazał się wszystkim odsunąć od złodzieja chleba.

Jan stał przy wejściu i pilnował czy nikt się nie zbliża. Maria, Piotr oraz dwadzieścia innych mieszkańców baraka w tym dzieci stali przy Maxsie
- Jeśli temperatura nie spadnie to umrze.
- Mamo, ale on nie może umrzeć.- przerwała Mari jej córka; Magda- Ukradł dla nas chleb i karali go za to bardzo srogo. Musimy się mu odwdzięczyć.
Siedmioletnia Magda złapała matkę za rękę i popatrzyła na nią ze łzami w oczach.
- Ma racje. - poparł małą Ben. - Max bardzo ryzykował dla naszych dzieci. Mamy wobec niego dług. Dlatego musimy go spłacić.
- Pawle- Maria zwróciła się do chłopca stojącego obok Magdy. - Na rogu naszego baraka po lewej stronie stoi beczka z wodą. Piotrze daj mu szmatkę. Zamocz ją w wodzie, ale uważaj by nikt cię nie zobaczył.
Paweł kiwnął głową i podszedł do drzwi. Jan wychylił się trochę.
- Droga wolna.
Paweł najszybciej jak potrafił podbiegł do beczki i zanurzył rękę aż po łokieć. Czym prędzej wrócił do baraka.
Magda podsunęła mamie mała miskę, by tak mogła trochę wycisnąć nadmiar wody. Paweł zrobił to samo tylko, że se swojego rękawa. Liczy się każda kropla. Następnym razem może nie mieć takiej okazji. Reszta szukała kocy, które ukryli martwi już Żydzi. Znaleźli dwa zbędne. Dali je Benowi, a ten przykrył nimi Maxa. Inna kobieta przewróciła go na plecy i teraz "martwy " wzrok Złodzieja nieba był skierowany na sufit. Maria położyła mu szmatkę na czole. Nawet wtedy nie zmienił wyrazu. Poruszał jedynie ustami jakby chciał powiedzieć "dziękuję".
- Dlaczego tak się dziwnie patrzy? -Zapytał młodszy chłopiec.
- Stara się nie zasnąć. Mądry chłopak. - powiedział Ben.
Magda i Paweł oraz inne dzieci mówiły, potrząsały i klepały Maxa po twarzy. Pomagały mu nie zasnąć. Maria ściągała mu ciepły już okład z czoła i znowu zamoczyła go w wodzie.
- Musimy dać mu pić. - Powiedziała Maria.
Tu zaczęły się problemy. Nie mieli wody, a ta którą przyniósł Paweł miała służyć do namaczania szmatki. Paweł po raz drugi podbiegłby do beczki ale Niemcy kręcili się cały czas wokół baraka.
- Drzewo...akordeon...piwnica...słowa. - ciche niczym uderzenia skrzydeł motyla słowa wydobywały się z popękanych ust Maxa.
- Mamo on bredzi!
Ben i Maria pochylili się nad Maxem. Popatrzyli na siebie z nie pokojem. Maria spuściła wzrok i pokiwała przecząco głową.
- Ale on nie może...
- Idą tu! - Jan uciekł od drzwi o razem z bratem położyli się na pryczy. Maria wraz z Magdą i Benem wrócili na swoje miejsca. Reszta Żydów zrobiła to samo.
Nazista wpadł do środka i z odrazom spojrzał na więźniów. Podszedł do Maxa i położył mu dłoń na czole.
- Wy dwaj! - Zwrócił się do Jana i Piotra. - Brać go i za mną!.
Bracia spojrzeli na siebie i na pozostałych. Zeszli z pryczy i podnieśli Maxa. Żołnierz poganiał ich kiedy ci patrzyli na zaniepokojone oblicza pozostałych Żydów. Niemiec poprowadził ich do izolatki i na jednym łóżku kazali położyć Maxa.
- Wracać do siebie wy śmierdzące szczury.- wysyczał przez zęby.
Żydzi posłusznie opuścili izolatkę i powrócili do baraka.
Niemiec odwrócił wzrok na młodą dziewczynę. Była ubrana jak reszta więźniów, lecz była odrobinę sludniejsza. Blond włosy miała związany w długi warkocz opadający na plecy oraz duże zielone oczy. Na ramieniu miała opaskę z czerwonym krzyżem.
- Ma wysoka gorączkę. - oznajmił.- Ma wrócić do pełni zdrowia najszybciej jak się da.
- W takich warunkach nawet jak bym chciała to i tak nie zamiennie go w zdrową rybę. - przerwała mu i hardo spojrzała w oczy.
Na początku wyglądał jakby miał ją uderzyć, ale tylko rzekł spokojnie:
- Przynajmniej postaraj się aby gorączka mu spadła...
- Od kiedy to wy! Naziści! Przejmujecie się losem Żyda takiego jak on?!- wskazała na Maxa. - Mordujecie ich bez mrugnięcia okiem, a jego akurat chcesz wyleczyć! Nagle obudziła się w tobie cząstka człowieczeństwa?!  Żydzi zaczął dla was tyle co nic...
- Lituje się nad nim tylko dlatego, że on jako jedyny z tego ścierwa potrafi dobrze gotować.
- Jak zwykle patrzcie tylko na siebie.- wycedziła.
- Uważaj na słowa, bo zawdzięczasz mi wiele. Zawsze mogłaś skończyć tak jak reszta twoich towarzyszek harcereczko.
- Wolałam zginąć razem z nimi! A teraz zostaw mnie w końcu i pozwól mi się nim zająć.
Odwróciła się napięcie i podeszła o kranu. Skrzywiła się kiedy trzasnął drzwiami.
- A nich cię szlag Wolfgang! - warknęła pod nosem. Powtórzyła poczynania Marii, kładąc mu na czoło wilgotną szmatkę.
Usiadła obok Maxa i wilgotnym ręcznikiem zaczęła ocierać mu twarz z brudu. Woda w "lodowatym kotle" wcale nie była czysta a i kurz i brud w baraku zrobiły swoje. Delikatnie przejechała ręcznikiem po jego zarośniętym policzku. Wytarła krew z wargi i z nosa.
- Liesel? - powoli odwrócił głowę w jej stronę. - Liesel? To ty? - spytał ochrypłym głosem.
Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Był silniejszy niż myślała. Widziała już jak muskularny żołnierz umierał z powodu wysokiej temperatury. Jednak ten mizerny, chudy Żyd miał na tyle siły by mówić.
- Nie, jestem Zosia. Postaraj się nie zasypiać. Poczekaj, dam ci się napić. Staraj się mówić. Nie możesz zasnąć.
Nalała do szklanki letnią wodę i lekko podniosła głowę Maxa. Mężczyzna o włosach jak gałązki wypił wszystko do ostatniej kropli.
- Biedaku...
Zosia nie raz widziała podobne rzeczy, ale to mocno chwyciło ją za serce. Widok Bogu ducha winnego Żyda torturowanego przez dwa dni i trawiącego przez gorączkę, który miał nadzieje, że siedzi obok niego pewna dziewczyna o imieniu Liesel był najbardziej rozczulającym i budzącym litość widokiem w tej izolatce jaki miał tu miejsce od trzech lat.
Nagle przypomniało jej się jak razem z przyjaciółkami z zastępu miały dostarczyć polskim żołnierzom żywność i amunicję. W ten pojawili się Niemcy. Rzuciły się do ucieczki i jedyne co zrobiły to schowały pakunki w wyznaczone miejsce. Hitlerowcy złapali je kilka metrów od kryjówki. Wywieźli je do Auschwitz. Tam pierwszy raz spotkała Wolfganga. Przyszedł pewnej nocy do jej baraka i zaproponował by razem z nim pojechała do Dachau, gdzie czeka na nią rola higienistki. Nie chciała się zgodzić. Zostawienie przyjaciółek same to jedna z wielu rzeczy jakich pragnęła nigdy nie uczynić. W jaki sposób jednak znalazła się w tym miejscu? W środku nocy Wolfgang skuł ją i zaprowadził do auta pełnego niemieckich żołnierzy. Usta miała zaklejone taśmom i słyszała tylko jak tłumaczy jej że w ten sposób ratuje jej życie. Dlaczego to zrobił? Zakochał się w niej, lecz ona nienawidziła go. Nie chciała opuszczać przyjaciółek i nie chciała opuszczać Polski. Nie miała wyboru. Tutaj starała się ratować życie Żydom i z przymuszenia Niemcom. Zosia dwa miesiące później dowiedziała się, że jej przyjaciółki zostały rozstrzelane, a rodzina zabita przez ukrywanie Żydów.
- Dziękuję ci...- Uciął. Zapomniał jak ma na imię. Przyzwyczaiła się do takich typu sytuacji.
- Zosia. Mam na imię Zosia. Wybacz, nie jestem Liesel.
Odstawiła szklankę i zmieniła okład.
- Liesel także jest blondynką, ale ma brązowe oczy.
Uśmiechnął się mimowolnie. Zosia spojrzała na niego smutno.
- To twoja ukochana?
- Przyjaciółka. Jedyna.
Łza popłynęła po jego policzku.
Minęła godzina i gorączka zaczęła spadać. Max ciągle mamrotał. Zosia co chwilę zmieniała okład z ciepłego na zimny. Po owej godzinie pozwoliła mu zasnąć, lecz pomimo zmęczenia sama tego nie zrobiła. Usiadła obok niego i czuwała nad nim przez resztę dnia i całą noc. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz